Od redakcji
Misje w artykułach
Misjonarze piszą
Modlimy się
Papieskie Dzieła Misyjne
Diecezjalne Dzieło Misyjne
Misje w dokumenatach
Misje w Świecie
Misje w cyfrach
Informacje

Archiwum

 

MISJONARZE PISZĄ

Ks. Jacek Kwiek kończy swój dziewiąty rok pracy w Afryce. Doświadczenie trzech miejsc pozwoliło mu poznać problem „likundu”, który wyjaśnia w poniższym liście, a który jawi się ciągle jako jeden z głównych problemów związanych z afrykańska kulturą.  

Yolé, 5 stycznia 2011 r.  

Zasadniczym problemem, z jakim każdy misjonarz prędzej czy później musi się skonfrontować w trakcie posługi ewangelizacyjnej na czarnym lądzie, jest problem czarów. W Republice Środkowoafrykańskiej jest on określany jednym tylko słowem – likundu. Problem likundu wiąże się z przekonaniem o istnieniu złego ducha, który wybrał sobie jakiegoś człowieka i zdeponował w nim swoje tajemne moce. Według tego rozpowszechnionego na całe terytorium RCA przesądu, ofiara wybrana przez diabła nosi w sobie tajemną i zarazem niszczycielską siłę – zdolną sprowadzić całe pasmo ludzkich nieszczęść na żyjących w jej otoczeniu ludzi. Na przykład jest ona przyczyną chorób, niepowodzeń, śmierci przypadkowych osób – chociaż dana osoba o tym nie wie, jest nieświadoma, że została obdarzona przez diabła niszczycielską mocą.  

Diabelska moc materializuje się w człowieku wybranym przez złego ducha, umiejscawia się w jego wnętrznościach czyli w brzuchu. Afrykańczycy mówią o takiej osobie zo ti likundu i traktują ją jako największego i najbardziej niebezpiecznego wroga publicznego. Zdemaskowanie i ukaranie jest dla nich priorytetem. Stąd istnieje – wymyślona przez przodków i pilnie egzekwowana przez kolejne pokolenia – procedura zlokalizowania i ukarania takiego człowieka. Zajmuje się nią tzw. sąd wioskowy zwany tradycyjnym. O losie nieszczęśnika decyduje tzw. zo ti Nanga. Jest to ktoś, kto pełni rolę znachora, specjalizującego się w leczeniu ziołami. Z reguły jest on również fetyszerem, posiadającym przedmioty o magicznej sile, pozwalające rozpoznać i wskazać zo ti likundu. Zatem władza fetyszera jest praktycznie nieograniczona, ponieważ jego werdykt, ogłoszony w czasie tradycyjnego procesu, w praktyce skazuje na śmierć niewinne osoby. Czy osoba wskazana przez wydającego wyroki zo ti Nanga może się bronić i odwoływać? Czy może udowodnić swoją niewinność? Może, ale tylko na podstawie procedur wskazanych przez sąd wioskowy. Otóż w obecności autorytetów reprezentowanych przez sad tradycyjny, podejrzany powinien wypić śmiertelną truciznę tzw. mbenge lub po prostu rozciąć sobie brzuch. Jeśli po wypiciu trucizny przeżyje lub po rozcięciu brzucha świadkowie nie stwierdzą obecności w nim żadnego likundu – podejrzany może czuć się uniewinnionym.

O miejscowości Bagandou, gdzie pracowałem sześć lat, mówi się, że jest ona największym w Republice Środkowoafrykańskiej centrum czarów i siedzibą licznych fetyszerów. Mogłem się, niestety, przekonać o prawdziwości tej opinii jako naoczny świadek, niejako na żywo. Pamiętam jedno, szczególnie wstrząsające, wydarzenie, które rozegrało się na terenie naszej misji Bagandou.  

W jednej z oddalonych o ok. 40 km wiosek oskarżono młodą kobietę. Jej sąsiad zmarł prawdopodobnie z powodu nieleczonej przepukliny. Kiedy fetyszer wydał na nią wyrok, natychmiast zorganizowano sąd wioskowy. Mieszkańcy wioski licznie zgromadzili się obok chaty swojego szefa. Grozili klątwą i rzucali w stronę kobiety coraz to nowe inwektywy i oskarżenia. Chcieli w ten sposób wymusić na swojej ofierze przyznanie się do winy. Pod wpływem narastającej agresji i nieludzkiego nacisku ze strony coraz bardziej niecierpliwych oskarżycieli, zdesperowana kobieta wzięła do ręki przygotowany nóż i rozcięła sobie brzuch. Byłaby kolejną ofiarą barbarzyńskich praktyk zgotowanych niewinnym ludziom, gdyby nie cudowny zbieg okoliczności. Opisywane wydarzenie rozegrało się w głębi lasów tropikalnych, gdzie jedno z zagranicznych przedsiębiorstw zajmuje się wycinką i eksploatacją drzewa. Akurat w momencie tragedii przejeżdżała obok ciężarówka transportująca wycięte drzewo do tartaku. Kierowca bez chwili wahania zatrzymał się w miejscu zdarzenia. Szybko zabrał krwawiącą i nieprzytomną kobietę do swojej ciężarówki. Po stosunkowo krótkim czasie, jak na warunki drogowe panujące w lesie afrykańskim, ciężarówka wraz z ciężko ranną kobietą dotarła do naszego misyjnego szpitala. Były to prawdopodobnie ostatnie chwile, kiedy kobieta dawała jeszcze jakieś znaki życia. Natychmiast znalazła się na stole operacyjnym. Interwencja chirurgiczna ratująca jej życie została przeprowadzona przez naszego lekarza panią Zofię Kaciczak wraz z asystującą jej pielęgniarką panią Zofią Bieryt. Nie pierwszy to raz, kiedy nasz szpital misyjny wybudowany przez diecezję tarnowską z funduszy kolędników misyjnych uratował życie mieszkańcom czarnego lądu. I nie pierwszy to przypadek, w którym pacjentem był niewinny człowiek oskarżany o likundu.  

Dlatego dziękujemy Bogu, że nasza praca ewangelizacyjna, połączona z tą humanitarną, jest tak bardzo oczekiwana przez tych, do których zostaliśmy posłani z Dobrą Nowiną.

 

Ks. Jacek Kwiek
Rep. Środkowoafrykańska